Bo jest taki dzień….

As Gregor Samsa awoke one morning from uneasy dreams he found himself transformed in his bed into a gigantic insect.

Właśnie. Są takie dni, kiedy przychodzi pora na coś niezwykłego i jest to właściwa pora i właściwy czas, bez względu na to, czy na pierwszy rzut oka sama idea do nas przemawia, czy może nie do końca. Dziś, jak się okazuje, nastał idealny dzień na rozpoczęcie blogu. A to z wielu powodów.

Po pierwsze, dzisiaj dotarło do mnie w trakcie odkurzania kuchni, że za doktorat tak na serio zabiorę się dopiero za jakieś 5 lat. A coś w międzyczasie pisać przecież trzeba.

Po drugie, spędziłam cały dzień przed komputerem, nie robiąc nic, ale to zupełnie nic konstruktywnego. Moim szczytem kreatywności i wysiłku było granie z dzieckiem w wyścigi za piłką przez jakieś pół godziny w rytm muzyki poważnej. Przez to odczuwam bardzo silną potrzebę powzięcia jakichś spektakularnych działań przynoszących natychmiastowy rezultat.

Po trzecie, nagle całkiem spadło na mnie mnóstwo pracy (dość pilnej, dodajmy), a tym samym nadszedł cudowny czas prokrastynacji. No i jeszcze do tego ten bałagan…. Brrrr… W związku z tym za coś trzeba się zabrać. I sensownego, a nie czytanie głupot w Internecie.

No i po czwarte, spędziłam dzisiaj dość sporo czasu na wirtualnych dyskusjach dotyczących wielu kwestii społecznych, obyczajowych i ekonomicznych (czy Fibak jest moralnie naganny? czy uliczny sprzedawca waty cukrowej to przestępca? czy można łamać głupie prawo? czy społeczeństwo jest głupie? no w ten deseń ogólnie…), przez co poczułam, że mam strasznie dużo do powiedzenia na każdy temat, ale niestety (tutaj smuteczek) – nie mam tego wszystkiego komu powiedzieć, a jeśli mam – to z rzadka.

Poza tym muszę szlifować polski. Życie na obczyźnie zupełnie mi pod tym względem nie służy. Gadam czasem jakbym się chowała w jakimś polskim Bronxie; wskakują mi kalki językowe, składnia leży i kwiczy, zdania nie chcą się nijak trzymać przysłowiowej kupy… A to przecież moje narzędzie pracy, narzędzie komunikacji oraz narzędzie służące do porządkowania myśli.

A teraz trochę o mnie. Właśnie siedzę i dłubię sobie w takiej umowie. Mam niby zająć się korektą. To podobno zaszczyt, w sensie że po jakimś tam okresie bycia dla danej firmy tłumaczem awansowałam sobie na korektora. Oznacza to mniej więcej tyle, że za gównianą kasę siedzę i dłubię w gównianych tłumaczeniach wyprodukowanych przez innych. Np. wielki szanowny tłumacz wyżej wspomnianej umowy twierdzi, że pracownicy hotelowi siedzą „na recepcji”. Niczem te kury na grzędzie, mniemam. Orka na ugorze i masakra. Czas by się było ewakuować z tej firmy, ale gdzie tam ewakuacja z dzieckiem w drodze?

Sponiewierana ewakuuję się póki co jedynie fizycznie z dołu na górę, sprzed komputera do łóżka, zrelaksować się z jakąś dobrą książką. Zostawiam za sobą syf niemożebny, dwie prawie skończone korekty, które jeszcze jutro trzeba będzie dopieścić, i rozpoczętą przygodę blogową. Będziemy się tutaj pewnie także (a przynajmniej ja będę) uczyć słówek – polskich, angielskich i francuskich. In Sha’Allah (to w lokalnym narzeczu, a w innych znanych nam nieco językach Deo volente, God willing, si Dieu le veut lub „jak Bóg da”).

[W pierwotnym odruchu napisałam wszystkie bogi z małej litery, ale jednak stwierdziłam, że przecież każdy prawie ma swojego, i choć dla każdego jest on nieco inny, to przecież czemuż tego nie uszanować. Od teraz już tak zawsze będę.]

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s