Ja czytam, Ty czytasz, my czytamy…

Nietylkomama jest na wakacjach, a sprowadza się to do tego, że może ona scedować opiekę nad dziećmi na osoby trzecie (w postaci dziadków) i zająć się szeroko pojętym życiem.

W skład życia wchodzi wreszcie przynosząca jakieś wymierne rezultaty nauka języka arabskiego, podejmowanie kroków w kierunku otworzenia własnego biznesu oraz, a jakże, czytanie, czytanie, czytanie. Skutkiem czego w te wakacje przeczytałam chyba więcej książek niż w całym – ponad pięcioletnim – okresie macierzyństwa.

Niestety dla lingwisty czytanie książek nie należy do zadań łatwych, a już z pewnością daleko mu do zajęć relaksujących. Irytuję się i zniesmaczam na każdym kroku. Jedyne, co mnie uspokaja, to przeczytanie od czasu do czasu dobrze zredagowanej książki polskiego autora, która przeszła solidną korektę. W dzisiejszych czasach – rzadkość („Ciemno, prawie noc”, po którą z nadzieją sięgnęłam jakiś czas temu, do dzisiaj wraca do mnie w najgorszych koszmarach z uwagi na nagromadzenie niewyłapanych literówek).

Książki angielskojęzycznych autorów czytam już wyłącznie w oryginale – żeby sobie niepotrzebnie nie podnosić ciśnienia (w moim wieku chrystusowym to już niewskazane), natomiast lubię też sięgnąć po autorów z bardziej egzotycznych zakątków kuli ziemskiej, no i tutaj już niestety mój wewnętrzny tłumacz-korektor rwie włosy z głowy. W ostatniej przeczytanej przeze mnie książce na przykład tłumaczka z godną podziwu konsekwencją mówiła o Środkowym Wschodzie tam, gdzie oczywiście chodziło o Bliski Wschód (i tak w wyobrażeniu tłumaczki, dwóch korektorek i redaktora Józef i Maria pochodzili ze Środkowego Wschodu, którym interesują się też wiadomości z uwagi na liczne ataki terrorystyczne i wojny – no halo!). W przedostatniej powieści tłumaczonej z islandzkiego poza innymi drobnymi głupotkami ten sam dzwon raz był mosiężny, a to znowu z brązu. A w obecnej lekturze – przełożonej z języka fińskiego (którego też kiedyś planowałam się nauczyć, ale bez skutku niestety) autorka nie dość, że przetłumaczyła arabskie imiona na język polski, robiąc z nich jakieś fikuśne zdrobnienia, to jeszcze nie jest konsekwentna i na przykład mamy raz „Kwiat Kaktusa”, a zaraz potem „Kwiat Kaktusu”. A we mnie się gotuje. Może zbliżam się do momentu, w którym na dobre zarzucę czytanie na rzecz pisania?

A propos pisania, to ostatnio ogromnie spodobała mi się idea tzw. „morning pages”, tylko jak zwykle czas, dzieci i obowiązki skutecznie uniemożliwiają mi jej wdrożenie. Może po powrocie na Bliski (nie Środkowy) Wschód uda się to jakoś bardziej ogarnąć. A póki co – korzystając z chwili spokoju – wracam do irytującej lektury.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s